Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wykopaliska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wykopaliska. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 sierpnia 2012

Wykopaliska 22: TNGHT

Jakoś tak się w tym roku zdarza, że najlepsze koncerty festiwali\owe odbywają się na sam koniec danej imprezy. Co gorsza wtedy, kiedy duża cześć publiczności już się ewakuowała, ew. zaliczyła zgona. I tak po apokaliptycznym Swans, którzy zagrali o północy na OFFie, na Tauronie dostaliśmy absolutnie kozacki występ duetu TNGHT. O trzeciej nad ranem.



Efekt był tym większy, że dostępny przed koncertem materiał projektu (czyli 15-minutowa EP-ka) nie zapowiadał jakiś cudów. Owszem, był ciekawy, ale wielkiego zachwytu u mnie nie wzbudził. Gdyby nie rewelacyjny Gaslamp Killer, pewno nie dotrwałbym do 3 nad ranem kiedy na scenę weszli panowie Hudson Mohawke i Lunice.
Lunice już w ubiegłym roku pokazał, że lubi się dobrze bawić, szalejąc na pokładzie autobusu Red Bulla podczas szóstej edycji festiwalu. Tym razem wzniósł się jednak kilka poziomów wyżej i razem z Hudsonem przejechał dźwiękowym czołgiem zgromadzoną w namiocie publiczność. I to kilka razy, tam i z powrotem.
Ich koncert stanowił ucieleśnienie wszystkich elementów za które kocham Nową Muzykę. Był zaskakujący, świeży, rewelacyjny wizualnie, a do tego bardzo głośny. Niby intrumentalny hip-hop, ale podany w taki sposób, że próżno szukać jakiegoś porównania wśród działających już na scenie producentów. Zdarzały się też fragmenty z wokalami (i to nie byle jakimi - słychać było m.in. A$APa Rocky'ego i Danny'ego Browna), jednak moc tkwiła przede wszystkim w podkładach.


Większość numerów skonstruowana zostala w analogiczny sposób: wstęp-drop-wstęp-drop etc. Obyło się jednak bez nudy, bo paleta dźwięków serwowana przez panów z ich macbooków robiła niesamowite wrażenie. Począwszy od dancehallowych bitów, poprzez potężne dęciaki i sample wystrzałów na niesamowitym brzmieniu syntezatorów skończywszy. Efektu dopełniała świetna oprawa świetlna złożona, na którą złożyły się stroboskopy, reflektory punktowe, szperacze i podświetlany stół.
Poza rewelacyjnym i nowatorskim materiałem TNGHT zaslużyli na piątkę z plusem w dziedzinie stopniowania napięcia. Każdy kolejny numer wywoływał większy entuzjazm, a kulminacja nastąpiła dopiero po jakiś 35 minutach. Później, aż do samego końca ludzie nie przestali się bawić i mimo późnej pory, nie przestawało ich ubywać.


Myślę, że jeśli TNGHT dobrze wykorzystają fakt, że są jednym z najbardziej ostatnio hype'owanych elektronicznych projektów to w przyszłym roku mogą spokojnie uderzać na bardziej mainstreamowe festiwale. Nie powinni mieć najmniejszych problemów z wypełnieniem z namiotu na Open'erze.

FB
TNGHT na warp.net

wtorek, 21 czerwca 2011

Wykopaliska 21

Ponad rok po ostatniej odsłonie cyklu trafiłem w końcu na coś co zainspirowało mnie na tyle, żeby się tym podzielić. Nie, żeby przez ostatni rok nic się ciekawego nie działo. Jednak z racji działania różnych czynników innymi odkryciami się nie podzieliłem. Przechodząc do meritum sprawy. 
Będzie dzisiaj patriotycznie. O tym, że polscy producenci dają radę wiadomo nie od dziś. Oczywiście nie wszyscy, ale od pewnego czasu wśród morza chłamu pojawia się coraz więcej perełek, które coraz skutecznie przejmowane są przez zagraniczne wytwórnie (Kuba Sojka, SUPRA1). 
Jednak zdarzają się tacy, którzy wydają w barwach polskich labeli i to w dodatku na winylu. Jednym z nich jest bardzo dobre rokujący młodzieniec z Częstochowy, nagrywający pod szyldem Kixnare.



Jego ksywka to gra słów (kick i snare), która bardzo trafnie odzwierciedla jego muzykę. Dużo jest kicków i werbli, a całość układa się w bardzo kreatywną instrumentalno-hiphopową mieszankę. Są sample, tłuste bity, zagrywki w stylu Flying Lotusa sprzed "Cosmogrammy", a wszystko to świetnie wyprodukowane i połączone ze sobą z pomysłem i polotem. 
Chciałoby się nie rozgraniczać polskich bitmejkerów od zagranicznych, ale nad Wisłą tych wartościowych jest na tyle mało, że trudno nie odnieść wrażenia, iż Kixnare pełni funkcję majaczącej na pustyni oazy. Ale za to jakiej. Jego debiutancki album wydany w barwach polskiego labelu You Know Me Records, ukazał się wprawdzie kilka miesięcy temu, ale wciąż brzmi jak świeży powiew w rodzimej elektronice. Co ważne można go nabyć na dwóch czarnych krążkach, w pięknym rozkładanym wydaniu, co w przypadku takiej muzyki jest bardzo dużym plusem. 
Niezdecydowani mogą całości sobie posłuchać na bandcampie, a potem zdecydować co z tym fantem zrobić. Mi jedno przesłuchanie wystarczyło, aby zamówić winylowy "Digital Garden". No dobra dwa przesłuchania.







Kixnare ostatnio dużo koncertuje (głównie na południu Polski) więc jeśli się postaracie to może na niego traficie. 

czwartek, 20 maja 2010

Wykopaliska 20

Dziś dwudzieste, jubileuszowe można powiedzieć, wykopaliska. Tak się złożyło, że akurat trafił się zespół wyjątkowo zacny. Debiutanci, którzy na Pitchforku dostali pieczątkę best new music, a w magnetoffonie (z mojej rzecz jasna inicjatywy) wiszą właśnie jako płyta tygodnia. Już wiecie o kim mowa.

Sleigh Bells

Sleigh Bells (czyli dzwonki sań) to duet z Nowego Jorku grający noise-pop. Łatka, łatką, ale dla mnie to połączenie wpływów Yeah Yeah Yeahs i Atari Teenage Riot wzbogacone o wokalne inspiracje gwiazdami pop. Efekt jest piorunujący. Chwytliwe melodie oparte na automacie perkusyjnym i gitarze zostają obowiązkowo zabrudzone, przesterowane, i podgłośnione. Skutkiem takiego zabiegu jest album pełen brutalnych, energetycznych utworów skonfrontowanych z delikatnym, a czasami wręcz cukierkowym wokalem Alexis Krauss. Dawno nie słyszałem tak świeżej i mocnej rzeczy. Recenzent Pitchforka wrażenia po pierwszym przesłuchaniu porównywał do tych towarzyszących zapoznawaniu się z I Get Wet Andrew W.K. czy z The Land of Rape and Honey grupy Ministry. Ja do tego zestawu dorzuciłbym jeszcze 60 Second Wipeout ATR. 
Album Treats to na pewno najważniejsze 32 minuty tego roku.



niedziela, 4 kwietnia 2010

Wykopaliska 19

Tym razem będzie międzynarodowo. Zaczniemy za zachodnią granicą, a skończymy w RPA.

Pantha du Prince

Generalnie nie słucham techno, minimalu ani innych gatunków kojarzonych z niemiecką stolicą. Nie z powodu uprzedzeń, ale z braku czasu i wiedzy na temat tamtejszej sceny. Możliwe, że czekałem na moment, kiedy ktoś/coś zachęci mnie do spenetrowania berlińskiej sceny technicznej. Kimś takim może być  ukrywający się pod pseudonimem Pantha du Prince Hendrick Weber. Po jego najnowszą płytę sięgnąłem w ramach przygotowań do tegorocznego Taurona. Black Noise w ciągu pierwszego tygodnia odnotowało w moim last.fm ponad 80 odtworzeń, co biorąc pod uwagę średnią długość utworu plasującą się pomiędzy 6 a 8 minut, jest bardzo dobrym wynikiem. Muzykę Niemca zwykło się określać barokowym techno, czy też techno z barokowymi aranżacjami. Coś w tym jest, ale dla mnie to po prostu rewelacyjne wykorzystanie wszelakich przeszkadzajek, dzwoneczków i innych mniej lub bardziej przetworzonych źródeł dźwięku do zbudowania bajkowego klimatu, któremu równie blisko do minimalu co do ambientu, czy gitarowych eksperymentów spod znaku Fennesza. Na tle innych technicznych producentów Webera wyróżnia również to, że jego muzykę można bez większych nadużyć określić jako prawdziwie piękną. Gęstym tłem oplata delikatne, miarowe beaty, tworząc z każdego z utworów małe dzieło sztuki.

Posłuchajcie sami:




Die Antwoord



Die Antwoord to dla mnie zespół zagadka. Zagadka dlatego, że trudno mi powiedzieć dlaczego mi się podobają. Trudno mi również stwierdzić czy traktować ich poważnie czy jako kolejny youtubowy żart. Za każdą z opcji jest szereg argumentów. Pokrótce wygląda to tak.



Pan w bokserkach z okładką jednego z albumów Pink Floyd, filigranowa blondynka o anielskim głosie rzucająca fuckami na lewo i prawo, Dj Hi - Tek robiący beaty na swoim "pisikompjuter" i teksty przypominające rodzimy Nagły Atak Spawacza. Czy to może się podobać? Okazuje się, że tak. Dlaczego? Dlatego, że beatów Hi-Teka nie powstydziłby się Hudson Mohawke. Dlatego, że teledyski Die Antwoord mogłyby powalczyć na Camerimage. A przede wszystkim dlatego, że jest to zespół prawdziwie dziwny. Może to różnice kulturowe (w końcu RPA jest bądź co bądź krajem dla nas egzotycznym), ale nawet różnice kulturowe nie wytłumaczą najstarszego na świecie chorującego na progerię, przebranego za ninję i wywijającego mieczem samurajskim.



poniedziałek, 15 marca 2010

Wykopaliska 18

Trochę się ostatnio tego nazbierało. Zarzucenie was wszystkim na raz mija się z celem więc ograniczę się do jednej pozycji. Jednej ale za to konkretnej.

Gonjasufi

Wygląda jak menel, lub iracki terrorysta. W rzeczywistości jest raperem, Dj-em i nauczycielem jogi, a od niedawna także reprezentantem Warp Records.
Nagrywa od wczesnych lat dziewięćdziesiątych ale debiut jako Gonjasufi do sklepów trafił dopiero tydzień temu. Jak dla mnie najlepsza dotychczas płyta AD 2010. Na A Sufi and a Killer czekałem z niecierpliwością od kilku miesięcy. Od pierwszego przesłuchania zapałałem do niej bezinteresowna miłością i myślę, że nieprędko się rozstaniemy. Gonjasufi z pomocą Gaslamp Killera nagrał album zawierający 19 niesamowitych piosenek(tak, właśnie piosenek!), posiadających jakieś archaiczne piękno, od którego trudno się oderwać. Zamiast czytać proponuje słuchać:






W wywiadach Gonjasufi mówi o wewnętrznych zmianach, których efektem ma być jego obecność na scenie. Czekam z niecierpliwością. Może Tauron Nowa Muzyka? Albo Off Festival? Kto wie.

Więcej info tutaj.

Recenzja A Sufi and a Killer, w przyszłym tygodniu na łamach magnetoffonu.info.



sobota, 13 lutego 2010

Wykopaliska 17

Dzisiaj dwie propozycje. Najpierw coś energetycznego, dobrze sprawdzającego się w potrzebie nagłej mobilizacji, lub wyżycia się z powodu przemoczenia butów w błocie pośniegowym. Druga opcja to propozycja na leniwe popołudnie (lub poranek), spotkanie z drugą połówka w romantycznych okolicznościach bądź po prostu na sen. Racjonalnie rozporządzając czasem można sobie tymi dwoma grupami wypełnić cała dobę.

Arms And Sleepers



W przypadku grupy Arms and Sleepers, wypełnienie doby ich muzyką nie będzie takie trudne, gdyż panowie od momentu powstania 4 lata temu nie próżnują i regularnie raczą nas nowymi wydawnictwami. Aktualnie ich dyskografia obejmuje 2 albumy, 5 epek, 1 split i jedno DVD. Kolejne są w planach. Moja przygoda z amerykańskim duetem zaczęła się od płyty Matador, wydanej w ubiegłym roku i również od tej płyty radziłbym zacząć osobom, którym nazwa Arms and Sleepers na razie niewiele mówi. 
Jest to muzyka zdecydowanie nocna. Bazą jest odświeżony trip-hop i ambient, ale tylko z rzadka występujący kanonicznej formie. Urozmaicenia obejmują elementy post-rockowe, jazzowe czy wstawki akustyczne. Całość charakteryzuje senna i leniwa atmosfera, daleka jednak od chill-outów rodem ze składanek Fabryki Trzciny. Niektórzy mówią, że płyta Matador jest po prostu wzruszająca. Trudno się nie zgodzić po przesłuchaniu utworów takich jak The Architekt czy Matador.



Grupa ma chyba najbardziej zagospodarowanego majspejsa jakiego widziałem. Można na nim dużo zobaczyć, usłyszeć, kupić, no i dowiedzieć się, co wcale nie jest takie oczywiste.

Na żywo Arms and Sleepers będzie można zobaczyć w Krakowie i Wrocławiu w maju tego roku.
Strony eventów na last.fm:

Invasion 





















Opcja energetyczna to brytyjska grupa Invasion. Trio, tworzone przez wychodzącego z założenia "przester zawsze na maksa" gitarzysty Marka Stevena, soulowej wokalistki Chan i perkusistki Zel wyglądającej jak nastoletnia emo-metalówa. Największą zaletą zespołu jest kondensacja formy. Utwory trwają średnio po pólłorej minuty,  a debiutancki album The Master Alchemist zamyka się w 21 minutach. Większość utworów zbudowana jest według zasady "szybko i ostro" i brzmi naprawdę dobrze. Muzyka nie jest specjalnie odkrywcza, ale połączenie trashowej gitary z wokalem w stylu Motown Records robi bardzo pozytywne wrażenie i wciąga. Z powodu swojej długości (czy raczej krótkości) przy słuchaniu płyty dobrze sprawdza się opcja repeat. Polecam na zimową depresję.

Pochwalić trzeba również kolażowe teledyski Marka Stevena, świetnie pasujące do twórczości Invasion.



niedziela, 10 stycznia 2010

Wykopaliska 16

Wykopaliska wracają do swojej oględnej regularności. Dzisiaj coś polskiego.

Sulphur Phuture



Sulphur Phuture to nowy projekt głównego kompozytora i producenta projektów Masala Soundsystem oraz Village Kollektiv - Praczasa. Pod nowym pseudonimem Rafał Kołaciński serwuje nam mieszankę różnych basowych dźwięków, mniej niż zwykle wzbogaconą muzyką świata. Mniej niż zwykle nie znaczy, że w ogóle. Orientalizmy są obecne, ale tylko jako dodatek. Trzonem jest szybka i mroczna muzyka elektroniczna. Praczas raczy nas mieszanką drum'n'bassu, breakbeatu i dubstepu tworząc bardzo ciekawą i przede wszystkim oryginalną całość. Obok dźwięków generowanych cyfrowo mamy również żywe instrumenty(tutaj pojawia się właśnie world music) oraz gościnnie udzielających się wokalistów(Spięty, Blady Kris, Bajka).

Debiutancki album promuje utwór Penetralia - jeden z najciekawszych na płycie.



Więcej na temat projektu w wywiadzie z Praczasem.
myspace artysty

środa, 30 grudnia 2009

Wykopaliska 15


Postanowiłem na jakiś czas zrezygnować z radiowej wersji Brain Damage. Na jak długo nie wiem. Nie wiem też czy audycja powróci na falach Studenckiego Radia Frycz czy gdzie indziej. Czas pokaże. W styczniu (dokładną datę podam) możecie spodziewać się audycji podsumowującej rok 2009. Na razie jednak zapraszam na zaniedbane od jakiegoś czasu wykopaliska. Będzie bardzo ciekawie.

Fjieri



Nie sądziłem, że jakiś nowy, nieznany mi zespół grający rocka progresywnego jest mnie jeszcze w stanie zainteresować. Okazuje się, że taki zespół jest, a nazywa się Fjieri. Szkopuł tkwi w tym, że nikt z członków grupy nie jest debiutantem. Trzon zespołu tworzy dwójka włochów - Stefano Panunzi oraz Nicola Lori. Jednak to goście pojawiający się na debiucie tworzą z Fjieri ewenement. Album Endless nagrywany był podobno przez dziesięć lat. W tym czasie na ostateczny kształt krążka wpłynęli m.in. Richard Barbieri i Colin Edwin z Porcupine Tree, Mick Karn z Japan, oraz Tim Bowness. Barbieri dodatkowo wyprodukował album. Efekt jest warty wyżej wymienionych nazwisk, a jednocześnie nie powiela żadnego z projektów gości. Niby nic nowego w progrockowym światku, a jednak słucha się tego niezwykle przyjemnie. Ja nie mogłem się oderwać przez bity tydzień.

Niestety youtube nie oferuje do odsłuchu żadnych nagrań grupy. Tak więc odsyłam na myspace lub bezpośrednio do Burningshed gdzie płytę można nabyć w cenie 10 funtów.

Portico Quartet



Tutaj nie będę może zbyt oryginalny bo na temat Portico Quartet wszyscy ostatnio się rozpisują. Mimo tego postanowiłem dorzucić swoje 3 grosze. Londyński kwartet został już okrzyknięty następcami The Cinematic Orchestra (co biorąc pod uwagę studyjną działalność Jasona Swinscoe i spółki w ostatnich latach nie jest wielkim sukcesem). Trzeba jednak przyznać, że panowie sobie na ten tytuł zapracowali. Nu-jazz w ich wykonaniu jest unikalny z powodu użycia pewnego ciekawego instrumentu, nazywanego Hang. Dziwnej konstrukcji bębenek, wymyślony na początku XXI wieku przez dwóch panów z firmy PANArt, pojawia się we wszystkich kompozycjach anglików, nadając im trudny do podrobienia styl. Smaczku dodaje fakt, że bębenka aktualnie nie można już kupić.

Poniżej kilka fragmentów twórczości Portico Quartet.

W studiu:



Na scenie:



I na ulicy:



myspace grupy
więcej o tajemniczym bebenku

Zespół wystąpi w nadchodzącym, 2010 roku w Polsce. 31 stycznia panowie pojawią się w katowickim klubie Hipnoza.

poniedziałek, 5 października 2009

Wykopaliska 14

Znów trochę czasu minęło i nazbierało się kilka ciekawych rzeczy. Z całej masy nowych artystów przesłuchanych przez ostatni miesiąc wybrałem dwa projekty.

King Cannibal



Na początek nawiązania do wrażeń po festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach. Jeden z lepszych koncertów zagrał właśnie King Cannibal. Swoim setem zniszczył mała scenę już pierwszego wieczoru, a w kolejne dni nikt(nawet Flying Lotus) mu nie dorównał. Wschodząca gwiazda dubstepu po wydaniu szeregu epek nareszcie szykuje pełnoprawny debiut. Płyta Let The Night Roar w sprzedaży już niedługo. Jak zapewnia Ninja Tune - jest pełna seksu, przemocy, napięcia i strachu. Czekam z niecierpliwością.

Próbka zdolności Króla kanibala.



Mouse on the Keys



Mouse on the Keys to z kolei zupełnie inna historia. Japońskie trio złożone z perkusji, fortepianów i innych instrumentów klawiszowych gra bardzo ciekawą mieszankę. Czasami melodyjną, ale przeważnie opartą na nietypowych tempach i rytmice. Dobry przykład na przenikanie muzyki klasycznej do rozrywkowej. Panowie wydali 4-utworową epkę Sezession oraz pełnometrażowy album An Anxious Object. Obie płyty warte zapoznania.

Na dokładkę rewelacyjny teledysk do utworu którego tytułu niestety nie zapiszę.


niedziela, 9 sierpnia 2009

Wykopaliska 13

Minęły trzy tygodnie od ostatnich wykopalisk i znów nazbierało się kilku ciekawych artystów. Dzisiaj kolejna dwójka. Na początek coś energetycznego.

Ebony Bones




Ebony Bones (a naprawdę Ebony Thomas) to brytyjska wokalistka, która wraz ze swoim sześcioosobowym zespołem właśnie wydała debiutancki album pt. Bone of my Bones. Na płycie znajdujemy szaloną mieszkankę post-punka, disco z lat siedemdziesiątych, psychodelii i jeszcze kilku rzeczy. Przy tak energetycznej muzyce nie warto zbyt długo się rozwodzić, więc polecam posłuchać.

Na początek oblicze rockowe Don't Fart on My Heart




Ebony jest również koncertową bombą






Najbliższy koncert już za trzy tygodnie w Katowicach na festiwalu Tauron Nowa Muzyka.

Xihilisk




Xihilisk sam siebie określa następująco:



Black metalu faktycznie trochę u niego słychać mimo, że współcześnie raczej jest to gatunek dogorywający. Większość płyty stanowi jednak "post-electronica". Określenie szerokie, można pod nie podciągnąć ambient, idm, trip-hop i pewnie kilka innych gatunków, które surowo zmiksowane wypełniają album The Black Square. Połączenie ciekawe i mimo, że na początku może wydawać się toporne to warto przez płytę przebrnąć bo po kilku przesłuchaniach okazuje się naprawdę niezła.

Brzmi to mniej więcej tak:



Albo tak (tak, to ten sam album i ten sam wykonawca)



Xihilisk wszystkie swoje płyty ( a jest ich trochę) udostępnia za darmo do ściągnięcia na swoim myspace.

wtorek, 14 lipca 2009

Wykopaliska 12

Tym razem odchodzimy od post-rocka. Dzisiaj dwoje artystów, zupełnie do siebie nie podobnych. Pani i pan. Zacznę niepoprawnie - od pana.

Dextro




Za pseudonimem Dextro ukrywa się Szkot, Ewan McKenzie. Dotychczas wydał dwa pełnoprawne albumy oraz kilka epek. Od strony muzycznej możnaby go scharakteryzować jako bardziej konwencjonalne i melodyjne wcielenie Fennesza z dodatkiem beatów i wokali. Z Fenneszem kojarzy się głównie sposób gry na gitarze polegający na przepuszczaniu jednego dźwięku przez masę filtrów, zapętlania go i tworzenia z niego tła do np. gitary akustycznej. Rzecz niezwykle ciekawa, ale polecam słuchać w nocy, bo do upalnych dni, które ostatnio mamy zupełnie nie pasuje. Na początek radzę zapoznać się z najnowszym wydawnictwem Winded wydanym miesiąc temu.

Poniżej fragment pierwszego albumu Consequence Music


I EPki Hearts and Minds



Natomiast pod tym linkiem można legalnie ściągnąć półgodzinny koncert Dextro z lipca 2008 roku

Florence and The Machine



Florence Welch to z kolei zupełnie inny klimat. Żadnych rewelacji, innowacji czy rewolucji, po prostu dobry, lekki i przyjemny pop. Pojawiają się mariaże z rockiem czy folkiem ale bez zbyt dalekich wycieczek. Co czyni w takim razie płytę Lungs wartą polecenia? Trudno powiedzieć, może po prostu dobre wyważenie wspomnianych elementów. W nawale młodych brytyjskich wokalistek Florence na pewno wyróżnia świetny wokal, do którego Lily Allen, Duffy i innym daleko. Dodatkowo za stronę muzyczną odpowiadał Devonte Hynes znany z najpierw ciężkich w Test Icicles, a później dziwnych w Ligthspeed Champion poczynań, co też na pewno wpłynęło na ostateczny efekt. Całość na pewno warta polecenia tym razem raczej do słuchania w dzień niż w nocy.

Na zachętę Kiss with a Fist czyli całkiem niezły, trochę punkowy singiel z tragicznym teledyskiem



Oraz drugi singiel Dog Days w wersji live



Dodatkowo debiut ma świetną okładkę co w przypadku młodych brytyskich wokalistek rzadko się zdarza.



poniedziałek, 6 lipca 2009

Wykopaliska 11

Możecie oskarżyć mnie o monotematyzm, bo dziś znów będzie post-rockowo. Ale nic nie poradzę na to, że ostatnio trafiam głównie na takich właśnie artystów.

Spokes




Kolejny młody zespół grający post-rock ale znów robiący to trochę inaczej. Najbardziej przypomina mi nasz rodzimy New Century Classics, głównie za sprawą pojawiających się często skrzypiec. To co ich wyróżnia na tle całej intrumentalno-postrockowej masy to wokale. Słychać je wprawdzie tylko w dwóch utworach, ale przy 36 minutach materiału na debiucie wydaje się to całkiem dużo. Album People Like People Like You jest króki ale treściwy. Utrzymany raczej w spokojnych, czasami monumentalnych klimatach, przywodzi na myśl oprócz wspomnianego NCC np. Sigur Ros. Zespół wydaje dla spowinowaconego z Ninja Tune Counter Records co powinno być kolejnym argumentem aby się Spokes zainteresować.

Na youtube na razie brak jakichkolwiek utworów grupy, dlatego odsyłam na myspace.
Znalazłem za to filmik z trasy koncertowej z zeszłego roku, muzyki za wiele tam nie uświadczymy ale poczucie humoru panowie mają.



czwartek, 2 lipca 2009

Wykopaliska 10

Wykopaliska powracają. Miały być już w zeszłym tygodniu ale jakoś się nie złożyło. Dzisiaj tylko jeden projekt, ale za to jaki...

VAST



VAST to projekt pochodzącego z Austin Jona Crosby'ego. Z jednoosobowego projektu wyewoluował do pięciosobowej grupy. Na razie udało mi się posłuchać tylko debiutanckiego Visual Audio Sensory Theater. Ale nie dlatego, żeby dostęp do pozostałych płyt był utrudniony, a dlatego, że jest to płyta niezwykła. Liczy sobie ponad dziesięć lat, a brzmi bardzo świeżo i dziwię się, że wcześniej o VAST nie słyszałem. Co to za muzyka? Trudno zakwalifikować do jakiegoś gatunku ( jak zwykle), więc po kolei. Mamy gitary akustyczne (irlandzko brzmiące), czasami elektryczne (dosyć mocno przesterowane) do tego bardzo mocny, rockowy wokal i elektroniczno-industrialne tło. Dodatkowo w większości utworów są chóry, nagrywane przez Crosby'ego na całym świecie. Pojawiają się też ciągoty progresywne, ale twory nie przekraczają pięciu minut. Płyta bardzo wciągająca, bardzo niemainstreamowa. Polecam.

Pretty Whe You Cry - najwiekszy "przebój", dodatkowo świetny teledysk:



Touched - kolejny "przebój", tym razem w wersji live




środa, 13 maja 2009

Wykopaliska 9

Po dłuższej przerwie powracam z wykopaliskami. Dzisiaj dwie propozycje. Obie w klimatach mniej lub bardziej elektronicznych. Z Polski i ze Skandynawii. Przechodząc do rzeczy.

Pchełki


Moje najnowsze odkrycie Juwenaliowe. Koncert podczas niepokornych wymiótł kompletnie. Na stronie znajduje się bardzo ciekawy opis zespołu, który przytoczę:

"Pchełki, jak sami o sobie mówią - jeden z najlepszych
zespołów koncertowych na świecie, to przedstawiciele
nowego nurtu w muzyce, hop-siupu. Etno, post-rock
i psychodeliczny pop łączą się z połamanym rytmem

jungle'u, transowością trip-hopu, frywolnością jazzu i
pociesznością metalu. W skład kapeli wchodzą:
Marta Rogalsdóttir (wokal, flet), Paweł Rychert
(instrumenty klawiszowe, elektronika), Świstak Rogalsson (bas)"


Na last.fm można odsłuchać i ściągnąć w całości debiutancką epkę pchełek "Ho-Siup. link

A tu koncertowe wcielenie w kawałku Miksują Dziewki



Oh Land



Oh Land czyli Nanna Øland Fabricius to skandynawska wokalistka, która właśnie zadebiutowała albumem Fauna. Na tymże debiucie w bardzo ciekawy sposób połączyła ciepłe, melodyjne wokale z kompletnie połamaną, eksperymentalną, muzyka elektroniczną. Z informacji na jej majspejsie wynika, że do momentu wydania płyty nigdy nie komponowała muzyki. Tym bardziej należy jej się uznanie bo muzyka wypełniająca Faunę mimo swej eksperymentalności, w połączeniu z jej wokalem brzmi bardzo przystępnie. Nie sposób uniknąć porównań wokalnych z Bjork, Lily Allen czy kilkoma innymi śpiewającymi paniami, ale muzycznie to zupełnie inna bajka. Polecam bardzo mocno.

Singlowy Heavy Eyes czyli kwintesencja stylu Oh Land





poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Wykopaliska 8

W zeszłym tygodniu nic nie było w stanie odciągnąć mnie od Saltilla, dlatego wykopalisk nie było. W tym tygodniu wykryłem dwie ciekawe kapele, którymi zaraz się podzielę. Obie miały pojawić się w czwartkowym Brain Damage, ale niestety problemy techniczne nie pozwoliły audycji się odbyć. Ale co się odwlecze to nie uciecze.

Triclops!



Jeśli De Facto nie jest dla was satysfakcjonującym przejściem między At the Drive-In a the Mars Volta, posłuchajcie Triclops!. Amerykański kwartet brzmi jak pokomplikowane i cięższe At the Drive-In. Inspiracje są oczywiste (czasami nawet za bardzo) ale całość przentuje się bardzo interesująco, choć nie do końca odkrywczo. Debiut Out of Africa można nabyć w sklepach, a wcześniej sprawdzić tutaj:
March of the Half-Babies - ostrzegam to nie jest dobry klip


Yppah



Yppah to już zupełnie inny klimat. Na razie słyszałem tylko epkę pt. Gumball Machine Weekend i już jestem pod wielkim wrażeniem. Przez krótko ponad 20 minut Yppah serwuje nam najbardziej wiosenną tego roku dawkę muzyki. Nie chcę mi sie dywagować nad stylem bo nie ma to większego sensu. Te 20 minut potrafi wytworzyć niesamowity klimat, który nie pozwala się od nich potem oderwać. Podobne do Becka perkusyjne eksperymenty mieszają się ścianami dźwięku przypominającymi muzykę filmową Clinta Mansella. A wszystko to wzbogacone o sample dęciaków, delikatne gitary i całą masę ubarwiających sampli (np. śpiewu ptaków). Najprzyjemniejsza płyta tej wiosny.

Utwór tytułowy z epki.




środa, 15 kwietnia 2009

Wykopaliska 7

Dziś będzie eklektycznie. Trzy zupełnie do siebie niepodobne projekty, same w sobie mieszające wiele różnych gatunków. Ale po kolei.

Black Mountain



Zespół poznałem już jakiś czas temu, kiedy Marcin, goszcząc w mojej audycji przyniósł ze sobą ich płytę. Jednak dopiero ostatnio przesłuchałem cały album i muszę powiedzieć, że byłem pod dużym wrażeniem. Płyta In the Future wydana w zeszłym roku roku brzmi jak połączenie psychodelicznego oblicza grup takich jak The Doors, Led Zeppelin, Pink Floyd i innych gigantów lat siedemdziesiątych. Całość, świetnie wyprodukowana i wzbogacona damskim wokalem dla wszystkich fanów wyżej wymienionych grup będzie bardzo miłym prezentem, a dla innych po prostu dobrą rockową płytą.

Tyrants, jeden z lepszych utworów z płyty w wersji koncertowej
niech nie przestraszy was drwalski wygląd gitarzysty i posągowa postawa wokalistki



Ragana



Ostatnio zainteresowałem się trochę dubem. Może to swierdzenie jest trochę na wyrost, ale na pewno zainteresowałem się polskim zespołem Ragana. W ich przypadku mamy do czynienia z dubem zmieszanym z reggae, które w odpowiednio niewielkich ilościach również czasami mnie zajmuje. Natomiast pomieszanie jednego z drugim w wykonaniu Ragany brzmi bardzo świeżo. Całość została nagrana wyłącznie przy pomocy żywych intrumentów, natomiast dubowe brzmienie albumowi nadała obróbka studyjna. Płyta dostępna jest również na vinylu co jeśli chodzi o polskich wykonawców wciąż niestety jest żadkością. Nie czekać, kupować!

A-a-a-a



płytę na vinylu można kupić tu

Saltillo



Na koniec moje największe odkrycie ostatnich dni czyli Saltillo. Projekt jednoosobowy, ale równie dobrze mógłby robić za całą orkiestrę. Menton J. Matthews III, bo tak naprawdę się nazywa, wydał właśnie płytę pt Ganglion, która jest najlepszym Trip-hopowym albumem od czasu Dummy Portishead. Wbrew pozorom nie ma w moich słowach przesady. O muzyce Saltillo można pisać i pisać ale nie do końca o to chodzi. Radzę po prostu posłuchać. Na zachęte dodam tylko, że oprócz dosyć dużej ilośći zsamplowanych rozmów, powolnych bitów i okazyjnych kobiecych wokali płytę wypełniają partie skrzypiec, wiolonczeli, gitar, perkusji, basu, a nawet banjo nagrane w całości przez autora. Płyta jak na trip-hopowy album jest smutna i trudno się od niej oderwać.

Na zachętę utwór otwierający

A Necessary End


niedziela, 5 kwietnia 2009

Wykopaliska 6

Jakoś tak wychodzi, że z tygodnia na tydzień na zmianę znajduję rzeczy rockowe bądź elektroniczne. I tak w zeszłym tygodniu był Circlesquare i Bat for Lashes czyli raczej rzeczy ogólnie rzecz biorąc nowobrzmieniowe. W tym tygodniu z kolei będzie rockowo. Troche post i troche hard.

Dead Weather



Na początek opcja hard. Dead weather czyli zespół nowy ale złożony z muzyków znanych i lubianych. Grupa powstała z inicjatywy Jacka White'a, który do współpracy zaprosił swojego kolegę z The Raconteurs - Jacka Lawrence'a, gitarzyste Queens othe Stone Age Deana Fertit'ę oraz znaną z The Kills wokalistke Alison Mosshart. Debiutancki album ma się ukazać w czerwcu, a na razie możemy posłuchać dwóch utworów.

Hang you from the Heavens



Are Friends Electric?



If these Trees Could Talk



W opcji post dziś zespół o wszystko mówiącej nazwie If these Trees Could Talk. Ostatnio, kiedy w mojej audycji gościł Marcin doszliśmy do wniosku, że nazwy zespołów post-rockowych rozpoznać można bardzo łatwo. I kiedy ostatnio na profilu last.fm kogoś ze znajomych zobaczyłem taką właśnie nazwę, byłem prawie stuprocentowo pewien co ten zespół gra. No i nie zawiodłem się,a Wręcz przeciwnie. Pięciu panów z Ohio gra bardzo świeżą odmianę post-rocka, czasami zachaczając o cięższe klimaty przypominające np Refused. Wydali dotychczas epkę oraz pełnometrażowy album pt. "Above the Earth, Below the Sky". Mnie bardziej podoba się chyba epka ale album też jest niczego sobie.Zespół niedługo pewnie będzie się cieszył podobnym poważaniem co God is an Atronaut czy Explosions in the Sky także radzę sie zainteresować. Bardzo dobra rzecz.


Na początek polecam Malabar Front


wtorek, 31 marca 2009

Wykopaliska 5

Zawsze czytając na wikipedii opisy nieznanych mi zespołów zwracam uwagę na sposób ich otagowania. Nawet nie dlatego, żeby dany zespół jakoś zaszufladkować ale dlatego, że tagi wymyślane przez użytkowników są wyjątkowo twórcze (np Lo-fi post-rock) czasami mniej czasami bardziej zgodne z opisywaną muzyką. Dziś z mojej strony dwie propozycje, których tagownania się nie podejmuje. Radzę zamiast tego posłuchać.

Circlesquare



Pod pseudonimem Circlesquare ukrywa się kanadyjczyk Jeremy Shaw. Niedawno spod jego ręki wyszedł bardzo interesujący album pt "Songs of Dancing and Drugs" Nie ma sensu próbowanie określenia typu muzyki, którą tworzy. Pierwsze co rzuca się w oczy (czy też raczej w uszy) to doprowadzona do perfekcji produkcja i muzyczny minimalizm. Wszystkie pojawiające się dźwięki ( a jest ich raczej mało) są odpowiednio dawkowane i zapętlane ale nie prowadzi to do kulminacji (oprócz kilku wyjątków) a raczej do wyciszenia i dalszego odarcia z wszelkich ozdobników. Do tego dochodzi świetny, niski głos Shawa. Przez cały czas słuchania płyty wydaje się, że coś gdzieś tam się czai, ale tak naprawdę nie wiadomo co, gdzie i dlaczego. Odpowiedzi na to pytanie nie poznajemy, po czym wracamy do płyty z nadzieją, że tym razem się uda. Niepokojące ale piękne. Szczególnie polecam utwór finałowy All Live But the Ending.

Youtube dysponuje tylko singlowym Dancers, który jest jednym ze słabszych fragmentów płyty, a i jakość youtubowa nie pozwala nacieszyć się świetnym brzmieniem. Ale można sobie mniej więcej wyobrazić z czym mamy do czynienia




ps. Circlesquare nie ma jeszcze profilu na wikipedii więc wciąż istnieje możliwość ołatkowania pana Jeremy'ego Shawa. Może cyfrowy minimalizm?


Bat for Lashes



Bat For Lashes to również projekt jednosobowy tym razem płci żeńskiej. Natasha Khan śpiewając oraz grając na fortepianie, basie, klawesynie i kilku innych intrumentach tworzy muzykę trochę przypominającą folk, ale tak naprawdę niepodobną do niczego. Charakterystyczny wokal w jednej chwili brzmi jak śpiewy operowe by zaraz potem przejść w szept. Całość mimo kolorowego image'u pani Khan jest raczej smutna. Nie przeszkadza to w przebojowych ambicjach niektórych utworów(choćby singlowy Daniel). Najnowszy album Two Suns ukaże się na początku kwietnia i wydaje się, że jest to świetna pozycja na rozpoczynającą się właśnie wiosnę.

Daniel



Glass

poniedziałek, 23 marca 2009

Wykopaliska 4

Dziś na rockowo.Tylko dwie pozycje, za to jedna z nich jest szczególnie ciekawa.

Warpaint



Warpaint czyli stosunkowo młody zespół z USA. Trzy panie i jeden pan wydali właśnie swoją debiutancką epkę pod tytułem ... Warpaint. A co też na niej usłyszymy? Pięć wypełniających ją utworów to skrzyżowanie post-rocka z shoegaze'm, opatrzone damskim (całkiem niezłym) wokalem oraz bardzo fajną rytmiką. Słychać echa Sonic Youth, ale całość brzmi bardziej onirycznie i świeżo. Epka Warpaint może nie jest wielkim wydarzeniem ale słychać, że coś z tych pań będzie.

Elephants w wersji live(niewiele widać ale dźwięk jest ok)


myspace

Jacyś Kolesie



Czy zespół, który nazywa się Jacyś Kolesie moze brzmieć dobrze? Do ubiegłego piątku byłem daleki od takich myśli. Ale w piątek trafiłem na ich koncert i w moim myśleniu zaszły poważne zmiany. Bez przesady mogę powiedzieć, że był to jeden z najlepszych koncertów na jakich byłem w ciągu ostatniego pół roku. Przez niecałe półtorej godziny, sześciu muzyków mieszało ze sobą wszelkie odmiany rocka(z przedrostkami math, prog, hard i innymi) z muzyką etniczną. Coś niesamowitego, radość grania, niezwykły potencjał improwizacyjny, a do tego bardzo rozbudowane instrumentarium. Oprócz standardów w postaci dwóch gitar, basu i perkusji pojawił się rozbudowany zestaw perkusjonaliów, didgeridoo, wibrafon, samplery, małe i duże afrykańskie bębny i inne, których nazw nie znam. Wszystko było idealnie nagłośnione mimo iż klub do akustycznych rewelacji nie należy. Po koncercie pojawiła się tylko myśl... dlaczego oni nie wydali jeszcze płyty?! Na szczęście wydali epkę(12 utworową...), w którą się zaopatrzyłem. Jeśli gdzieś zobaczycie plakat reklamujący koncert Jakiś Kolesi to nie zastanawiajcie się nad nazwą tylko kupcie bilety.


Grymasy Pana k. live



72 Dziewice



myspace

poniedziałek, 16 marca 2009

Wykopaliska 3

Jak co tydzień czas na porcję nowości ode mnie. Dzisiaj będzie różnorodnie. Znajdzie się miejsce na trochę drum'n'bassu trochę post-rocka i na świeże polskie electro. Tradycyjnie trzy typy.

Mistabishi



Ten wymuskany pan ze zdjęcia to James Pullen czyli Mistabishi. Nakładem wytwórni Hospital wydał właśnie swój debiutancki krążek pt Drop. Znajdziemy na nim dosyć spokojną, ale wciąż taneczną odmianę drum'n'bassu. Całość nie odbiega specjalnie od standardów i nie zawracałbym wam głowy tą płytą gdyby nie Printer Jam...

Printer Jam




The Low Frequency in Stereo



The Low Frequency in Stereo to dla odmiany zupełnie nieelektroniczna grupa. Trudno jednoznacznie określić co grają bo jest to pewnego rodzaju mieszkanka, ale na pewno można usłyszeć trochę post-rocka, indie czy po prostu melodyjnego rockowego grania. Przesterowany, rzeżący bas miesza się ze staroświeckim pianinkiem i lekko zmodulowanym damskim wokalem. Całość jest niezwykle łatwostrawna i przyjemna. Na początek polecam utwór 21 z rewelacyjną melodyjką wygrywaną na wspomnianym pianinku.

21




Więcej w czwartkowym Brain Damage.

Beneficjenci Splendoru





Na koniec coś z zupełnie innej beczki w postaci zespołu o bardzo wdzięcznej nazwie Beneficjenci splendoru. Grupa gra dosyć prześmiewcze electro i niedługo ma wydać swój debiutancki album pt. Trendywaty Chłopiec. Na razie było mi dane słyszeć tylko jeden utwór i nie mam pojęcia jak będzie brzmiała reszta płyty, ale jeśli grupa utrzyma "poziom" to Dick4Dick może mieć konkurencję. Po przesłuchaniu utworu gwarantuję, że będziecie długo powtarzać sobie "Jestem robotem, zapier*** w sobotę...." Polecane wszystkim pracownikom supermarketów.


Ręce pełne robota