wtorek, 27 października 2009

No Visa Required



Udało mi się w końcu wrzucić zdjęcia z czwartkowej imprezy Unsoundowej pod hasłem No Visa Required. Polecam szczególnie Moishe Moishe Moishele. Więcej zdjęć tutaj, natomiast wspomnianej grupy posłuchac można tutaj.

czwartek, 22 października 2009

Archive @ Studio

Z lekkim opóźnieniem ukazała się moja relacja z koncertu Archive. Kto nie był ten na Youtube może sprawdzić co stracił. Cały tekst tutaj.

Bullets z Krakowa, obrazu właściwie nie ma, ale dźwięk bardzo dobry.


wtorek, 20 października 2009

Unsound Opening



Kilka zdjęć z otwarcia festiwalu Unsound i koncertu Jacaszka. Więcej do oglądnięcia tutaj. Natomiast nowego materiału Jacaszka można posłuchać tutaj, klikając w film There is no Others, There is only Us, do którego skomponował on muzykę. Swoją drogą film też jest rewelacyjny.

IAMX @ Rotunda



To był dla mnie bardzo koncertowy weekend. W czwartek Archive, w sobotę IAMX, a w niedzielę Kult. Relację z IAMX już możecie przeczytać tutaj. Natomiast dwie pozostałe pojawią się wkrótce. Z kolei od wczoraj trwa festiwal Unsound, na który również uczęszczam więc możecie spodziewać się zdjęć oraz relacji. Jak na razie kiepską organizację przed imprezą wynagrodził koncert Jacaszka. Zdjęcia z niego pojawią się pewnie dziś wieczorem.

środa, 14 października 2009

Relacja z CSU



Relacja z koncertu California Stories Uncovered do przeczytania tutaj. Zamiast First Big Yell powinno być oczywiście First Pink Yell :).

piątek, 9 października 2009

California Stories Uncovered @ Drukarnia



Zdjęcia z koncertu California Stories Uncovered z Drukarni. Na koncercie było jakieś 20 osób ale nie było źle. Natomiast idealnie byłoby bez wokalu. Więcej zdjęć tutaj, a relacja niebawem.

poniedziałek, 5 października 2009

Wykopaliska 14

Znów trochę czasu minęło i nazbierało się kilka ciekawych rzeczy. Z całej masy nowych artystów przesłuchanych przez ostatni miesiąc wybrałem dwa projekty.

King Cannibal



Na początek nawiązania do wrażeń po festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach. Jeden z lepszych koncertów zagrał właśnie King Cannibal. Swoim setem zniszczył mała scenę już pierwszego wieczoru, a w kolejne dni nikt(nawet Flying Lotus) mu nie dorównał. Wschodząca gwiazda dubstepu po wydaniu szeregu epek nareszcie szykuje pełnoprawny debiut. Płyta Let The Night Roar w sprzedaży już niedługo. Jak zapewnia Ninja Tune - jest pełna seksu, przemocy, napięcia i strachu. Czekam z niecierpliwością.

Próbka zdolności Króla kanibala.



Mouse on the Keys



Mouse on the Keys to z kolei zupełnie inna historia. Japońskie trio złożone z perkusji, fortepianów i innych instrumentów klawiszowych gra bardzo ciekawą mieszankę. Czasami melodyjną, ale przeważnie opartą na nietypowych tempach i rytmice. Dobry przykład na przenikanie muzyki klasycznej do rozrywkowej. Panowie wydali 4-utworową epkę Sezession oraz pełnometrażowy album An Anxious Object. Obie płyty warte zapoznania.

Na dokładkę rewelacyjny teledysk do utworu którego tytułu niestety nie zapiszę.


czwartek, 24 września 2009

Aphex Twin z huty



Sacrum Profanum zakończyły w tym roku dwa koncerty Aphex Twina. Opinie o nich były skrajne, ale w moim prywatnym odczuciu sobotni koncert był świetny. Więcej prywatnych odczuć tutaj.

czwartek, 17 września 2009

Rammstein w wersji porno

Podsumowanie nie jest dostępne. Kliknij tutaj, by wyświetlić tego posta.

Start Sacrum Profanum



W zeszłą niedzielę w Krakowie ruszył festiwal Sacrum Profanum. Siódma edycja poświęcona jest współczesnej muzyce brytyjskiej i przyniosła m.in. koncert The Cinematic Orchestra i video show Chrisa Cunninghama. Relacja z tych dwóch w tym miejscu. Jutro i pojutrze wystąpi Aphex Twin z towarzyszeniem Floriana Heckera o czym również nie omieszkam napisać.




wtorek, 15 września 2009

Post-Rock w Mandze



Manggha wyrasta nam z muzeum na coraz prężniej działającą salę koncertową. I dobrze, bo warunki ku temu ma rewelacyjne. Ostatnio swoje dźwięki w jej progach zaprezentowały trzy około-post-rockowe kapele: polski Tides from Nebula, amerykański Caspian i irlandzki God is an Astronaut. Bilety można było nabyć po niebywale niskiej cenie (35 złotych), tak więc frekwencyjnie koncert okazał się dużym sukcesem. A muzycznie? Dalej czytaj tutaj.

czwartek, 3 września 2009

Kopalniane nowe brzmienia




W Niedzielę dobiegła końca czwarta edycja festiwalu Turon Nowa Muzyka. Po dwóch imprezach zorganizowanych w Cieszynie nowa muzyka wróciła do korzeni – czyli do Katowic. Jak się okazuje był to bardzo dobry pomysł.

Na miasteczko festiwalowe zaadaptowano tereny byłej kopalni Katowice, co nadało imprezie industrialny charakter. Ponad scenami górowały oświetlone szyby górnicze, a w zaroślach kryły się kopalniane zabudowania sprzed ponad wieku. W takim otoczeniu znalazło się miejsce na dwie sceny, grający autobus Red Bulla i obowiązkowe ogródki piwne. Krótko mówiąc – miejsce wymarzone, a jak spisali się zaproszeni artyści?

Pierwszy dzień był najbardziej „zespołowy” z całej imprezy. Koncerty na dużej scenie rozpoczęło australijskie trio Pivot. Panowie zagrali bardzo żywiołowy koncert, skupiając się na repertuarze ze swojej ostatniej płyty. Na początku usłyszeliśmy singlowe In the Blood, a potem po kolei Fool In Rain, Didn’t I Furious i O Soundtrack My Heart. Znalazło się również miejsce na kilka nowych kompozycji, zapowiadających kolejny album grupy. Publiczność, choć o tej porze jeszcze nieliczna, była zachwycona.

Scena klubowa pierwszego dnia zdominowana była przez brzmienia dubstepowe. O 20.00 zagrał młodziutki Ital Tek, który wyrasta na jednego z oryginalniejszych twórców w gatunku. Zaczynając swój set spokojnie, powoli się rozkręcał i nadawał mu oraz bardziej taneczny charakter. Obok utworów ze swojego debiutu, wplatał m.in. Madonnę czy Dizzee’go Rascala.

Po Ital Teku pojawił się bardziej doświadczony, reprezentujący wytwórnię Nina Tune King Cannibal. O ile jego poprzednik czasami zahaczał o bardziej taneczne brzmienia to King Cannibal od razu postawił sprawę jasno – będzie groźnie. Przytłaczający bas, wciąż narastający bit i promieniujące z setu zło sprawiły, że był to najlepszy występ pierwszego dnia.

O północy na scenie pojawił się Kevin Martin, czyli The Bug, dubstepowy weteran, który wystąpił w towarzystwie MC Flow Dana. W porównaniu do mniej doświadczonych poprzedników wypadł bardzo słabo, a jego MC nie porwał publiczności.

Na dużej scenie wieczorem mogliśmy wysłuchać jeszcze dwóch świetnych koncertów.

Najpierw wystąpił hip-hopowo-elktroniczny duet Dan Le Sac vs Scroobius Pip. Brytyjczycy nie zawiedli, zagrali bardzo żywiołowy koncert, a Scroobius Pip nawiązał świetny kontakt z publicznością, kilkakrotnie schodząc ze sceny, rozmawiając z fanami, i przyjmując kurtkę od jednego z nich. Usłyszeliśmy większość materiału z debiutu duetu Angles oraz kilka utworów z niewydanej jeszcze płyty.

Po północy, na zakończenie pierwszego dnia na Live Stage pojawiła się grupa Ebony Bones. O ile King Cannibal zagrał najlepszego seta na festiwalu to Ebony Bones zagrała najlepszy koncert. Ośmioosobowy zespół w bajecznie kolorowych strojach od pierwszych dźwięków rozruszał, zgromadzoną pod namiotem publiczność i nie dał jej się uspokoić aż do samego końca. Usłyszeliśmy We Know All About You, Story of St.Ockwell, Don’t Fart on My Heart I oczywiście singlowy The Muzik. Na koniec pojawiła się utaneczniona wersja Another Brick in the Wall grupy Pink Floyd, przy której publiczność dosłownie oszalała. Koncert był najatrakcyjniejszy również z wizualnego punktu widzenia. Ebony wraz ze swoimi chórzystkami były bajecznie poprzebierane, a występ urozmaicany był chociażby tańcami synchronicznymi.




Drugiego dnia miały wystąpić największe gwiazdy festiwalu – autor jednego z najlepszych krążków zeszłego roku – Flying Lotus oraz znana z The Knife wokalistka Karin Drejier, tu występująca z solowym projektem Fever Ray. Dzień rozpoczęli jednak polscy artyści. Na początek zagrał zespół Oszibarack, a na scenie klubowej Minoo oraz Ch.District.

Pierwszą zagraniczną artystką tego dnia była wokalistka i performerka Planningtorock. Jej występ plasował się gdzieś pomiędzy performance’m a koncertem pozostawiając mieszane uczucia. Z jednej strony mieliśmy bardzo ciekawe wizualizacje, a z drugiej raczej nieciekawą muzykę i główną bohaterkę śpiewającą w masce i białym worku… Interesujące w sam raz na niespełna 40 minut, które trwał koncert.

Po Janine na scenie pojawił się Jon Hopkins, który chyba zaskoczył wszystkich. W każdym razie na pewno tych, którzy znali jego twórczość studyjną (do których zalicza się autor) Ze spokojnych, ambientowych kompozycji, w których raczej rzadko pojawiał się beat nie zostało właściwie nic. Hopkins zagrał najbardziej żywiołowy set tego wieczoru. Nie było udziwnień ani eksperymentów z rytmiką. Po prostu klasyczne, mocne, taneczne beaty ubarwiane dźwiękiem kaossilatorów Korga, których obsługę, Hopkins opanował do perfekcji. Publiczność dosłownie oszalała na jego koncercie i w tanecznym transie trwała do samego końca. Trudno uwierzyć, że Hopkins grał jako suport na koncertach Coldplay.

Po tanecznym secie wyżej wymienionego przyszła pora na bardziej eksperymentalną muzykę. Na Club Stage wystąpił Tim Exile, mistrz połamanego i nieprzewidywalnego brzmienia. Koncertem promował swoją ostatnią, wyjątkowo jak na niego melodyjną płytę Listening Tree. Niestety usłyszeliśmy z niej tylko kilka utworów. Reszta występu była interesująca, ale zabrakło pazura. Exile zabrzmiał jak coś pomiędzy szaleństwem Nuisance Gabbaret Lounge a monumentalnością Listening Tree. Lepiej wyszłoby gdyby bardziej konkretnie się określił.

Po koncercie Brytyjczyka na głównej scenie zaprezentować się miała największa gwiazda festiwalu – Fever Ray. O jej „gwiazdorstwie” już przed koncertem świadczyło kilka rzeczy. Spowita w ciemnościach scena przyozdobiona była kadzidełkami i lampami z abażurem, przestrzeń dla fotografów ograniczona o połowę i najliczniej zgromadzona publiczność. A sam koncert? Było ciemno, były laserowe światła, no i był zespół, którego właściwie nie było widać. Muzycznie było bardzo spokojnie i monotonnie. Publiczność wydawała się zadowolona, choć nie w pełni. Jak dla mnie największe rozczarowanie festiwalu. Chciałoby się zacytować Scroobiusa Pipa „Fever Ray-just a band”.

Znacznie lepiej zaprezentował się Flying Lotus. Roześmiany, rozdający piwo i jointy Amerykanin zachwycił zgromadzoną pod mniejszym namiotem publiczność. Zagrał bardzo „tłustego” seta, wypełnionego instrumentalnym hip-hopem. Publiczność reagowała bardzo żywiołowo, szczególnie przy wplatanych w występ fragmentach zeszłorocznej płyty Los Angeles. Flying Lotus był chyba jedynym artystą, który zagrał bisa na festiwalu. Drugi dzień zakończył dobry znajomy artysty, również wydający dla wytwórni Warp Hudson Mohawke.



Ostatni dzień imprezy należał głównie do polskich artystów. Można było zobaczyć grupę Pogodno, trio Kamp!, Jacaszka i Ostrego. Dobór eklektyczny, a jeśli dodać do tego Rootsa Manuvę, grupę Mum i francuza Onrę, można zaryzykować stwierdzenie, że zbyt eklektyczny. Bo kto po wysłuchaniu coverów Black Sabbath w wykonaniu Pogodno pójdzie na chwilami house’owy występ Kamp! ? No właśnie Kamp!. Najbardziej obiecujący debiutanci tego roku na katowickim festiwalu mieli chyba gorszy dzień. Aranżacje utworów były bardzo lekkie, czasami zahaczające o house i nie porywały. Dodajmy do tego kiepskie nagłośnienie i problemy komunikacyjne członków zespołu. W porównaniu do występu chociażby podczas Selector Festiwal, grupa zanotowała znaczny spadek formy. Miejmy nadzieję, że tylko chwilowy.

Kolejna drastyczna zmiana czekała festiwalowiczów na dużej scenie, gdzie zagrał Jacaszek. Publiczność była jednak oczarowana. Był to jedyny spokojny koncert festiwalu, a Jacaszek wraz z towarzyszącą sekcją smyczkową wytworzył niesamowitą, magiczną atmosferę. Trio zagrało materiał ze świetnie przyjętej na świecie płyty z interpretacjami trenów Jana Kochanowskiego. Publiczność słuchała ich w skupieniu, stojąc, siedząc lub leżąc na piasku wypełniającym namiot.

Kolejny koncert na dużej scenie wprowadził nas z kolei w atmosferę baśniową. Islandzka grupa Mum zagrała świetny koncert, w którym w zupełnie nieprzewidywalny sposób łączyła folk, post-rock, idm i wiele innych gatunków. Grupa promowała, swój ostatni album Sing Along to Songs You Don’t Know i z niego usłyszeliśmy najwięcej.

Festiwal zakończył się hip-hopowo występami O.S.T.Ra i Rootsa Manuvy.

Czwarta edycja festiwalu Nowa Muzyka dowiodła, że przenosiny do Katowic były dobrym rozwiązaniem. Publiczność dopisała, w przeciwieństwie do zeszłorocznej imprezy. Miejsce festiwalu zostało świetnie zaadaptowane i aż trudno było uwierzyć, że jesteśmy w centrum szarych Katowic. Ale oczywiście były też minusy. Po pierwsze oświetlenie scen. O ile na głównej scenie światła były jeszcze do przejścia to na klubowej było katastrofalnie. Niewidoczni artyści, brak stroboskopów przy tanecznych setach, a do tego osoby, które sterowały oświetleniem chyba z tego festiwalu zrobiły sobie poligon doświadczalny. Małą scenę ratował tylko duży ekran z naprawdę rewelacyjnymi wizualizacjami. Z kolei na dużej były tylko dwa małe ekraniki, na których zamiast wizualizacji wyświetlały się reklamy Muzeum Śląskiego i line up festiwalu. Line-up to z resztą kolejny problem. Czasy występów wciąż się zmieniały, a czasami trudno się było dowiedzieć, kto kiedy wystąpi. Kolejny problem, tym razem niezależny od organizatorów to artyści. Zawiodły gwiazdy (Fever Ray, The Bug oraz odwołany Dan Deacon), ale także młodzi artyści (zupełnie niepotrzebny koncert Speech Debelle i słaba Planningtorock). Przez to można było zaobserwować tendencję spadkową. Pierwszy dzień-rewelacyjny, drugi-przyzwoity, trzeci-słaby.

Jednak ogólnie rzecz biorąc festiwal należy uznać za udany. Publiczność dopisała, miejsce sprawiło się świetnie, a tylu nowomuzycznych artystów na raz próżno szukać gdzie indziej.

Na plus trzeba też zaliczyć bogatą ofertę wydarzeń towarzyszących. Warsztaty fotograficzne, projekcje filmów o muzykach, wycieczki do opuszczonych fabryk i turniej golfa na hałdach to kolejny powód aby na Nową Muzykę wybrać się za rok

niedziela, 30 sierpnia 2009

Tauron Nowa Muzyka 2009 dzień drugi



Kolejna porcja zdjęć z katowickiego festiwalu. Niestety na dużej scenie wprowadzono ograniczenia dla fotografów i zdjęć jest niewiele. To co udało mi się zrobić znajduje się tutaj.

sobota, 29 sierpnia 2009

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Czas supergrup

Ostatnio jak grzyby po deszczu wyrastają nam rockowe supergrupy. Z jednej strony mamy projekty udane (The Dead Weather) i dobrze rokujące(Them Crooked Vultures), a z drugiej przeciętne(Sweethead) słabe(Chickenfoot) i dziwne.

O The Dead Weather już pisałem, przy okazji singlowego debiutu. Od tego czasu doczekaliśmy się świetnej płyty i serii dobrze przyjętych koncertów. Jack White dobrał sobie częściowo sprawdzonych współpracowników, takich jak Jack Lawrence z Raconteurs oraz świetną Alison Mosshart z The Kills i Dean'a Fertit'ę z Queens of the Stone Age. Album Horehound chwilami kojarzy się wprawdzie z twórczością The White Stripes, ale całościowo oryginalności mu nie brakuje. A utwory takie jak Cut Like a Buffalo czy 60 Feet Tall nie przypominają żadnego z macierzystych zespołów członków The Dead Weather.

Sami o sobie:



Jedynym minusem jest fakt, że Jack White nie wziął pod uwagę, iż grając na perkusji i jednocześnie śpiewając może dostać zadyszki...



Również z Queens of the Stone Age pochodzi pomysłodawca projektu Sweethead. Troy van Leeuven grający w QOTSA na gitarze powołał do życia, wraz z debiutującą wokalistką Serriną Sims grupę Sweethead. W zespole znaleźli się również Norm Block oraz Eddie Nappi z zespołu Marka Lanegana. O ile pani na wokalu faktycznie jest niezła to reszta muzyków jest zupełnie niewyróżniająca się. Brzmi to jak trochę bardziej grunge'owa odmiana QOTSA. Bardzo to wszystko nijakie i w moim odczuciu bez większych szans na przebicie się. Chyba, że nadchodzący album będzie o niebo lepszy od epki The Great Disruptors.

Ten fragment daje taką nadzieję.



Poza tym na koncerty będzie pewnie przyciągać nie tylko muzyka ...





Właściwie wszyscy członkowie Queens of the Stone Age udzielają się w innych zespołach. Joey Castillo gra na bębnach w Eagles of Death Metal a Michael Schuman na gitarze w Wires on Fire. Josh Homme również postanowił spróbować czegoś nowego. Po wyprodukowaniu nowej płyty Arctic Monkeys zaprosił do współpracy Dave'a Grohla(który powrócił za perkusję) i Johna Paula Jonesa z Led Zeppelin. Koncertowego składu dopełnił Alain Johannes (również z QOTSA). Tak zrodziło się Them Crooked Vultures. Z wszystkich tych supergrup ta jest najbardziej tajemnicza. Oficjalnie udostępniono na razie tylko 30-sekundowy fragment utworu Nobody Loves Me and Neither Do I



Panowie zagrali dotychczas 4 niezapowiedziane koncerty w Usa i Europie. Kiedy pojawi się jakiś studyjny materiał nie wiadomo. Warto śledzić youtubowy kanał grupy, bo wszystkie informacje dotychczas pojawiały się właśnie tam. W sieci krążą utwory, które prawdopodobnie pochodzą z repertuaru grupy ale nie są to pewnie informacje, więc ich nie zamieszczam. Można za to znaleźć kilka całkiem niezłej jakości nagrań z koncertów.

Tutaj jedno z nich:



Grupa Chckenfoot z kolei, wyjątkowo nie jest związana z Queens of the Stone Age. Tworzą ją starzy wyjadacze z Van Halen - Sammy Hagar i Michael Anthony, Joe Satriani oraz, nie wiadomo skąd... Chad Smith z Red Hot Chili Peppers. Dwa miesiące temu ukazał się debiut grupy. Wydany został w bardzo fajnym, zmieniającym kolor pod wpływem ciepła pudełku. I w sumie to pudełko jest najlepsze. Jego wnętrze wypełnia dosyć archaiczna mieszanka hard-rocka i vanhalenowego wokalu Hagara. W niektórych utworach udaje mu się wprawdzie pozbyć tej maniery ale co z tego skoro wtedy Hagar brzmi jak nieudana kopia Iana Gillana z Deep Purple.

Utwór otwierający:



Na koniec ciekawostka. Dani Filth znany z dosyć komicznego image'u i "śpiewu" w Cradle of Filth postanowił założyć nową grupę. W jej skład moaą wejść gitarzysta King z Gorgoroth, perkusista John Tempesta z Testament, Ice Dale z Enslaved oraz Rob Caggiano z grupy Anthrax. Z tego trashowo-blackmetalowego połączenia ma wg Daniego wyjść "mieszanka Toola i AC/DC z black lub death metalem". Czy w ogóle coś z tego wyjdzie nie wiadomo, bo na razie żadna wytwórnia nie wyraziła zainteresowania projektem. Pierwotnie obowiązki perkusisty miał objąć Joey Jordison ze Slipknota ale zrezygnował. Ciekawe dlaczego.

niedziela, 9 sierpnia 2009

Wykopaliska 13

Minęły trzy tygodnie od ostatnich wykopalisk i znów nazbierało się kilku ciekawych artystów. Dzisiaj kolejna dwójka. Na początek coś energetycznego.

Ebony Bones




Ebony Bones (a naprawdę Ebony Thomas) to brytyjska wokalistka, która wraz ze swoim sześcioosobowym zespołem właśnie wydała debiutancki album pt. Bone of my Bones. Na płycie znajdujemy szaloną mieszkankę post-punka, disco z lat siedemdziesiątych, psychodelii i jeszcze kilku rzeczy. Przy tak energetycznej muzyce nie warto zbyt długo się rozwodzić, więc polecam posłuchać.

Na początek oblicze rockowe Don't Fart on My Heart




Ebony jest również koncertową bombą






Najbliższy koncert już za trzy tygodnie w Katowicach na festiwalu Tauron Nowa Muzyka.

Xihilisk




Xihilisk sam siebie określa następująco:



Black metalu faktycznie trochę u niego słychać mimo, że współcześnie raczej jest to gatunek dogorywający. Większość płyty stanowi jednak "post-electronica". Określenie szerokie, można pod nie podciągnąć ambient, idm, trip-hop i pewnie kilka innych gatunków, które surowo zmiksowane wypełniają album The Black Square. Połączenie ciekawe i mimo, że na początku może wydawać się toporne to warto przez płytę przebrnąć bo po kilku przesłuchaniach okazuje się naprawdę niezła.

Brzmi to mniej więcej tak:



Albo tak (tak, to ten sam album i ten sam wykonawca)



Xihilisk wszystkie swoje płyty ( a jest ich trochę) udostępnia za darmo do ściągnięcia na swoim myspace.

wtorek, 14 lipca 2009

Wykopaliska 12

Tym razem odchodzimy od post-rocka. Dzisiaj dwoje artystów, zupełnie do siebie nie podobnych. Pani i pan. Zacznę niepoprawnie - od pana.

Dextro




Za pseudonimem Dextro ukrywa się Szkot, Ewan McKenzie. Dotychczas wydał dwa pełnoprawne albumy oraz kilka epek. Od strony muzycznej możnaby go scharakteryzować jako bardziej konwencjonalne i melodyjne wcielenie Fennesza z dodatkiem beatów i wokali. Z Fenneszem kojarzy się głównie sposób gry na gitarze polegający na przepuszczaniu jednego dźwięku przez masę filtrów, zapętlania go i tworzenia z niego tła do np. gitary akustycznej. Rzecz niezwykle ciekawa, ale polecam słuchać w nocy, bo do upalnych dni, które ostatnio mamy zupełnie nie pasuje. Na początek radzę zapoznać się z najnowszym wydawnictwem Winded wydanym miesiąc temu.

Poniżej fragment pierwszego albumu Consequence Music


I EPki Hearts and Minds



Natomiast pod tym linkiem można legalnie ściągnąć półgodzinny koncert Dextro z lipca 2008 roku

Florence and The Machine



Florence Welch to z kolei zupełnie inny klimat. Żadnych rewelacji, innowacji czy rewolucji, po prostu dobry, lekki i przyjemny pop. Pojawiają się mariaże z rockiem czy folkiem ale bez zbyt dalekich wycieczek. Co czyni w takim razie płytę Lungs wartą polecenia? Trudno powiedzieć, może po prostu dobre wyważenie wspomnianych elementów. W nawale młodych brytyjskich wokalistek Florence na pewno wyróżnia świetny wokal, do którego Lily Allen, Duffy i innym daleko. Dodatkowo za stronę muzyczną odpowiadał Devonte Hynes znany z najpierw ciężkich w Test Icicles, a później dziwnych w Ligthspeed Champion poczynań, co też na pewno wpłynęło na ostateczny efekt. Całość na pewno warta polecenia tym razem raczej do słuchania w dzień niż w nocy.

Na zachętę Kiss with a Fist czyli całkiem niezły, trochę punkowy singiel z tragicznym teledyskiem



Oraz drugi singiel Dog Days w wersji live



Dodatkowo debiut ma świetną okładkę co w przypadku młodych brytyskich wokalistek rzadko się zdarza.