środa, 19 marca 2008

Ministry "Cover Up"


















01 - Under My Thumb (The Rolling Stones)

02 - Bang a Gong (T-Rex)
03 - Radar Love (Golden Earring)
04 - Space Truckin' (Deep Purple)
05 - Black Betty (Ram Jam)
06 - Mississippi Queen (Mountain)
07 - Just Got Paid (ZZ Top)
08 - Roadhouse Blues (The Doors)
09 - Supernaut (Black Sabbath)
10 - Lay Lady Lay (Bob Dylan)
11 - What A Wonderful World (Louis Armstrong)
12 - Untitled
13 - Untitled
14 - Untitled


Rok 2008 póki, co jest dla mnie bardzo łaskawy, a to, dlatego, że właściwie z tygodnia na tydzień ukazują się kolejne wartościowe płyty. Na początku stycznia była, świetna, kameralna płyta Steve’a Jansena, potem szalony album grupy The Mars Volta, a w lutym można było cieszyć się najnowszym krążkiem Morcheeby. Marzec zaczął się od nowego wydawnictwa grupy Hooverphonic, a zaraz potem „poczęstował” nas niespodziewanym dziełem Nine Inch Nails. Teraz przyszła kolej na płytę innej industrialnej legendy – grupy Ministry. Najnowsza płyta „Cover Up” jest interesująca z kilku względów. Po pierwsze jest to album składający się w całości z coverów, a po drugie jest to (jeśli wierzyć zapowiedzią Ala Jourgensena) ostatnia płyta zespołu pod szyldem Ministry, a poza tym jest to bardzo udana płyta.

Zespól na swoich poprzednich krążkach prezentował tendencję do stopniowego zaostrzania swojej muzyki i do wplatania dużej ilości trash-metalu do swojego industrialnego brzmienia. Nie ukrywam, że w moim odczuciu nie była to najlepsza decyzja. Z tym większą radością powitałem kiczowate dźwięki syntezatorów otwierające płytę. Grupa w dużej mierze powróciła tu do brzmienia znanego chociażby z płyty Psalm 69. Utwory w większości są bardzo melodyjne, aczkolwiek zdarzają się typowe dla zespołu szybkie tempa z ultraszybką perkusją i miarowo wygrywającą rytm gitarą. Tak jest np. w utworze Roadhouse Blues zaczerpniętym z repertuaru The Doors, gdzie z oryginalnej linii melodycznej nie zostało absolutnie nic, natomiast słowa „Keep your eyes on the Road and your hands upon the wheel” nabierają tu zupełnie nowego znaczenia. Sam dobór utworów powinien być wystarczającym powodem, aby sięgnąć po „Cover Up”. Mamy tu całą śmietankę rocka lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych m.in. Black Sabbath, Deep Purple, ZZ Top, The Doors, The Rolling Stones czy np. Boba Dylana. Jest to niezbity dowód na to, że industrial rock ma swoje korzenie właśnie w starym dobrym hard rocku. Od samego początku słychać, że panowie świetnie czują się w tym repertuarze. Świetnie wypadają nowe wersje utworów takich jak Space Truckin’, w którym Jourgensen na swój sposób próbuje nawet naśladować manierę Iana Gillana z Deep Purple czy Under My Thumb Stones’ów. Najlepsza jednak jest sama końcówka płyty, a konkretnie trzy ostatnie utwory. Pierwszy z nich to Supernaut z repertuaru Black Sabbath, który jest odświeżoną wersją przeróbki z legendarnego już mini albumu 1000 Homo Djs. Zsamplowany głos, który ostrzega nas o propagandzie narkotykowej głoszonej przez muzykę popularną jest fantastyczny(And they all sing the same refrain – it’s fun to take a trip, put acid In your veins). Kolejny utwór to hipnotyczna, transowa wersja Lay Lady, Lay Boba Dylana. Ta transowość daje się tym bardziej zauważyć, dlatego, że przez przeważającą część kompozycji słyszymy wyjątkowo gitarę akustyczną, a nie elektryczną. Na sam koniec pojawia się absolutna perła. Al Jourgensen postanowił również nagrać własną wersję klasyka Louisa Armstronga „What a Wonderful World”. Mówię, że również, ponieważ jest to utwór przerabiany wyjątkowo często i to na wszelkie możliwe sposoby. Takiej wersji, jaka pojawiła się na tym krążku jeszcze nie było. Pierwsza część utworu ma wymiar wręcz kościelny. Jourgensen śpiewa przy akompaniamencie rozstrojonego pianina, a w tle towarzyszą mu bardzo podniosłe dźwięki syntezatorów. Nawet wokal, który nigdy nie był atutem front mana grupy, tutaj brzmi chwilami bardzo podobnie do Armstronga. Tak utwór brzmi przez pierwsze 4 minuty, potem następuje drastyczna zmiana, a zespół serwuje nam bardzo punkową wersję wspaniałego świata. Według mnie to strzał w dziesiątkę, natomiast do tych, którym ten zabieg się nie spodoba skierowane są zapewne dwa bonusy, które są niczym innych jak wyżej opisanym utworem podzielonym na dwie części – wolną i szybką. Ostatnia minuta albumu to jeszcze jeden bonusowy utwór, co, do, którego mam wątpliwości czy Jourgensen był podczas jego nagrywania w pełni władz umysłowych, dlatego też go pominę.

Ministry nagrało świetny album, w którym słychać, że wciąż potrafią grać melodyjnie, rockowo i po prostu dobrze. Dobór utworów do przerobienia lepszy po prostu być nie mógł. Szkoda tylko, że więcej nie usłyszymy nic z tego obozu. Jedyna nadzieja w tym, że Jourgensen założy kolejny zespół, z którym będzie nagrywał równie udane płyty.

Brak komentarzy: